Kręcił w polskich Tatrach „Króla Olch” według ballady Goethego. Dziś recytuje jego „Egmonta” w Filharmonii Narodowej w Warszawie. John Malkovich był gwiazdą wczorajszego koncertu na Festiwalu Beethovena. Gwiazdą, która rozczarowała.
Instrumentaliści Orchester Wiener Akademie otworzyli wczorajszy koncert brawurowo – VIII Symfonia Beethovena wybrzmiała tryumfalnie – na szczęście ani patetycznie, ani zmysłowo, po prostu z należytą sobie kontrolowaną nonszalancją. Było radośnie, a chwilami wręcz filuternie. Jedna z czterech promiennych symfonii Beethovena, opiewających radość i piękno życia, wprowadziła nas w prawdziwie wiosenny nastrój. Szybko dało się wyczuć głęboką więź muzyków i dyrygenta – nieoceniona jest moc wieloletniej, wspólnej, twórczej pracy. Martin Haselböck, założyciel orkiestry, czuł się jak ryba w wodzie – był niezwykle pewny siebie, a muzycy (bardzo dobry kwintet smyczkowy) raczej bawili się, aniżeli oficjalnie „wykonywali” utwór. Interpretacja symfonii, przestrzenna i wielowymiarowa, pozwalała każdemu artyście wchodzącemu w skład orkiestry poczuć się niezwykle komfortowo. Nikt nikogo nie zagłuszał, nikt z nikim nie rywalizował, każdy miał dla siebie wyjątkowo dużo miejsca. Ten perfekcyjny organizm zaczął żyć nie jedną, ale wieloma doskonale współistniejącymi ze sobą duszami. Zwłaszcza w pierwszej i czwartej części symfonii.
W drugiej odsłonie koncertu wysłuchaliśmy arii Ah! Perfido (napisanej do tekstu słynnego XVIII-wiecznego dramaturga Pietra Metastasia) w wykonaniu szwedzkiej sopranistki Marie Arnet. Znany nam burzliwy recytatyw zabrzmiał dojmująco groźnie – z pewnością nie wszystkim tak silna barwa głosu odpowiadała (np. w porównaniu z sopranem Louise Adler z poprzedniego dnia, która wykonywała partię Anne Trulove w Żywocie rozpustnika). Tym bardziej solistka mogła niektórych razić w roli uroczej Klaruni. Choć osobiście nie byłabym do końca tak zawzięta.
A John Malkovich? John Malkovich do Polski wraca często. I to nie tylko ze względu na realizowane w Polsce zdjęcia do filmów (Król Olch, Dolina Bogów). Bywa też i prywatnie. Wczoraj był służbowo. Na deskach warszawskiej filharmonii zabrzmiał majestatyczny głos aktora recytującego „Egmonta” autorstwa Geothego, a właściwie fragmenty tragedii skondensowane przez Friedricha Mosengeila i Franza Grillparzera. Aktorowi akompaniowała oczywiście orkiestra. Dwie arie zaśpiewała Marie Arnet. Mnie osobiście to wykonanie rozczarowało. Nie mówię ani o orkiestrze, bo była wręcz doskonała, ani o solistce, bo jej interpretacje arii w języku Goethego były perfekcyjne, mówię o wielkim skądinąd aktorze. Malkovich był anemiczny, wypowiadał zdania na akord, na jednym tonie. Chwilami ładnie komponował się z orkiestrą, ale w ostatecznym rozrachunku sprawiał wrażenie wybitego z rytmu, trochę jakby od niechcenia opowiadającego zresztą pełną sprzecznych emocji historię… Zraził mnie pomysł, żeby wykonywać takie dzieła…po angielsku. I raczej sam pomysł stworzenia takiego triumwiratu jakim był John Malkovich, Marie Arnet i Orchester Wiener Akademie można nazwać dość niebezpiecznym związkiem. Nie przeszkodziło to publiczności przyjąć występ owacjami na stojąco. Ale tego wieczoru gośćmi Filharmonii Narodowej w większości byli widzowie skuszeni bardziej obecnością gwiazdy filmowej niż wiedeńskich filharmoników.
(NAB)
